Drzewo Przetrwania

Najświętszą rzeczą w Oklahoma City jest pewne drzewo. Rozłożysty, dający chłodny cień, liczący z osiemdziesiąt lat wiąz. Turyści przemierzają setki mil, żeby go obejrzeć. Ludzie fotografują się na jego tle. Specjaliści od ochrony przyrody otaczają go troskliwą opieką.

Są w stolicy Oklahomy inne drzewa, większe, o bardziej rozłożystej koronie, gęściej ulistnione. Ale żadne nie jest tak cenne w oczach mieszkańców i turystów jak ten wiąz. Miasto traktuje go jak skarb nie dlatego, że jest piękny, ale dlatego, że przetrwał.

Co przetrwał? Zamach bombowy w Oklahoma City w roku 1995.

Pewien mężczyzna zaparkował załadowaną materiałem wybuchowym półciężarówkę zaledwie kilka metrów od drzewa. Jego okrucieństwo spowodowało śmierć 168 osób, rannych w zamachu zostało 850 osób. Ogromny budynek należący do władz federalnych USA, przed którym eksplodował samochód, zamienił się w kupę gruzów, które zasypały także drzewo. Nikt nie liczył na to, że przetrwa ono eksplozję. Prawdę mówiąc, w pierwszych dniach po tragedii nikogo nie interesował los pokrytego popiołem i kurzem, pozbawionego gałęzi drzewa.

A tymczasem wiąz zaczął budzić się do życia.

Przez uszkodzoną korę przebijały się nowe gałązki, zielone liście strącały szary pył. Życie zmartwychwstało na cmentarzysku ruin. Ludzie to dostrzegli. Drzewo uosabiało upór i wytrwałość tak potrzebne tym, którzy doświadczyli tragedii. Dlatego nazwano je Drzewem Przetrwania.

M.L.

Niestety wszędzie są tacy ludzie, którzy zagrażają innym. I nie chodzi tu o terrorystów czy tych, którzy zabijają czy okaleczają fizycznie. Niestety są ludzie, którzy zabijają słowem, którzy ranią do głębi, którzy łamią innym skrzydła. Nie wiem dlaczego to robią, pewnie wiele jest powodów głęboko w nich schowanych.

A my chcemy być jak to drzewo, przetrwać atak, wznieść się ponad zgliszcza, żyć dalej.

Ale jak to zrobić?

Po pierwsze: przebaczyć.

Wiem, wiem, łatwo okazuje się wspaniałomyślność przyjaciołom a zupełnie czymś innym jest okazywać ją tym, którzy zadają nam ból. 

W Księdze Hioba są niezwykle mądre słowa: „Głupiego zabija jego własny gniew, a prostaka uśmierca zawiść”. Jest to prawdą, że chęć rewanżu sprawia, iż skupiamy swoją uwagę na tych trudnych chwilach naszego życia. Ból sprawia, że wpatrujemy się w nie. Ale czy naprawdę właśnie tam tylko chcemy spoglądać? Czy rozdrapywanie ran czyni nas lepszymi ludźmi? Jest odwrotnie. To nas niszczy.

Lepiej jest odpuścić. Przebaczyć. Przebaczenie nie oznacza udawania, że nic złego się nie stało. Najpiękniej oddaje to krótka historia, którą kiedyś przeczytałam o braciach czeskich, którzy dotarli z misją do Eskimosów. Chcieli znaleźć w ich języku jakiś termin, który by odpowiadał słowu „przebaczenie”. Nie było to łatwe, ale w końcu udało im się znaleźć 24-literowe słowo „issimagijoujungnainermik” oznaczające dosłownie „być w stanie nie myśleć o tym więcej”.

A więc według Eskimosów oznacza to iść dalej. Zostawić krzywdę, której się doznało. Nikogo nie usprawiedliwiając, ale patrząc do przodu a nie w tył.

O przebaczeniu znacznie łatwiej mówić niż je praktykować. Przebaczenie to wybór – wiem, trudny wybór. Zwykle przebaczamy słowami, ale jeśli nie płyną z serca czasem nie przynoszą owocu.

Jak ma się to nam udać? Każdy pewnie ma swoje sposoby. Ja mogę Ci zdradzić mój. Przebaczam bo i mi przebaczono. Okazuję miłosierdzie, bo i ja doświadczyłam miłosierdzia. Idę dalej bo chcę żyć a nie kawałek po kawałku, dzień po dniu gasnąć.

Udaje się mi przetrwać ponieważ naśladuję Drzewo Przetrwania. Sięgam korzeniami poza strefę zniszczenia. Zagłębiam się coraz bardziej i zakorzeniam, aż docieram do miejsca, skąd czerpię siłę, łaskę, miłosierdzie.

To miejsce to ramiona mojego Najlepszego Przyjaciela (pisałam o nim wczoraj). 

Na początku wydaje się to takie trudne, wręcz niemożliwe, ale może spróbować tak jak pewna młoda kobieta, która dorastała w dysfunkcyjnej rodzinie alkoholików i czuła żal do swych rodziców. Kiedy jednak zachorowała na raka, postanowiła zmienić swoje podejście i kochać rodziców wbrew temu, co jej uczynili. Każdego ranka, wychodząc do pracy, powtarzała matce, że ją kocha. Matka jednak nigdy nie odpowiadała. Pewnego ranka, mniej więcej po trzech miesiącach, córka była spóźniona i praktycznie wybiegła z domu. Matka stanęła na progu. „Zapomniałaś o czymś!”, krzyknęła. „O czym?”, spytała kobieta. „Zapomniałaś powiedzieć: kocham cię”. Kobieta i jej matka padły sobie w ramiona i zapłakały. Były uleczone.

Krok po kroku. Dzień po dniu. Zapuszczaj korzenie. Czerp miłość. Po to, żeby kochać. Po to aby przebaczać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *